Soboty mają w sobie coś uspokajającego. Nawet jeśli kalendarz pęka od zaległości, świat jakby zwalnia. W tę ostatnią sobotę słońce było przpiękne, niebo jasne, czyste, obiecujące wiosnę. Przejażdżka rowerem wzdłuż Czarciego Potoku (wolę tę nazwę niż Poleśnica) wydawała się najlepszą decyzją dnia.
Gdy jednak na chwilę przysiadłem przy pierwszym stawie, coś mi się nie zgadzało.
Tafla wody wciąż była zamarznięta. Niby cienka, niby już popękana przy brzegach, ale nadal twarda. Nawet sporych rozmiarów kamienie rzucone na nią przez jakichś dowcipnisiów nie poszły na dno, lecz utrzymywały się na powierzchni, jakby nie znały praw fizyki. Słońce świeciło, ptaki śpiewały radośnie, a lód trwał — chyba nie przyjmował do wiadomości zmiany pory roku.
Ten widok został ze mną na dłużej.
Tego samego dnia słuchałem kolejnych wypowiedzi Donald Trump o pokoju. O stabilizacji. O jego roli jako tego, który potrafi „dogadać się z każdym”. O Pokojowej Nagrodzie Nobla, która — w jego narracji — byłaby jedynie formalnością, potwierdzeniem oczywistego talentu do rozwiązywania konfliktów.
I niemal równolegle pojawiła się informacja o kolejnej operacji wojskowej rozpoczętej przez jego administrację.
Znów ten sam dysonans.
Słowa jak ta sobotnia pogoda — jasne, obiecujące.
Działania jak lód — twarde, nieustępliwe, chłodne.
Nie wierzę w to, że nikt tego nie widzi — po prostu mało kto chce powiedzieć wprost, że król jest nagi. Łatwiej milczeć. Łatwiej udawać, że wszystko mieści się w ramach „strategii” i „wyższej konieczności”. Często wynika to z nadziei – cytując za Sienkiewiczem — „ …że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło”.
Ktoś taki metaforycznie mógłby powiedzieć, że w tym przypadku jak przy tym stawie: „To normalne. Proces topnienia trwa. Lód nie znika w jednej chwili tylko dlatego, że pojawiło się słońce. Potrzeba czasu, konsekwencji, kilku naprawdę ciepłych dni.
Z polityką jest podobnie. Słowa są tylko pierwszym promieniem, który jeszcze nie ma jeszcze mocy, by coś realnie zmienić”.
Kolokwialnie powiem — „Pierdu, pierdu!”
Bo w naturze nie ma konferencji prasowych. Nie ma autopromocji. Nie ma opowieści o własnej wielkości. A przede wszystkim — nie ma świadomego kłamstwa. Jest proces: cichy, nieefektowny, ale prawdziwy.
A w polityce — odwrotnie. Proces jest ukryty, a opowieść wyeksponowana — i nierzadko nieprawdziwa.
I chyba to najbardziej zastanowiło mnie w tę sobotę. Jak często reagujemy na pierwszy, złudny promień, nie sprawdzając, czy lód rzeczywiście zaczyna pękać.

Dodaj komentarz