Kilka dni w Poznaniu. Zahaczyłem to miasto wracając z zagranicznego wyjazdu. Lotnisko, rynek, dworzec. Nic, co nadawałoby się na reportaż o przemianach cywilizacyjnych.
A jednak.
Z lotniska do miejsca mojego pobytu przywiózł mnie Ukrainiec. Na rynku zaczepiła mnie Nigeryjka i poprosiła o zdjęcie na tle ratusza z koziołkami. Na dworzec odwoził mnie ciemnoskóry kierowca, którego wnętrze auta — przyznam uczciwie — w pierwszej chwili uruchomiło w mojej głowie wszystkie stereotypowe kadry z filmów podróżniczych o Afryce.
I właśnie to jest moment „do poprawy”.
Bo zanim zdążyłem pomyśleć rozsądnie, zdążyłem pomyśleć schematem. Wystarczy kilka sekund, zapach zawieszki zapachowej, kolor tapicerki, drobiazgi. Umysł lubi skróty. Nawet jeśli właściciel umysłu deklaruje, że skrótów nie używa.
Nigeryjka mówiła po angielsku. Opowiedziała, że mieszka tu od pięciu lat. Studiowała. Założyła rodzinę. Pracuje. Tu jest jej dom. Mówiła o tym spokojnie, bez podkreślania, bez manifestu.
Kierowca również mówił po angielsku. Uprzejmie. Do czasu. Gdy zirytował się sytuacją na drodze, nagle przeszedł na polski. I to taki, którego nie znajdzie się w podręcznikach dla obcokrajowców.
Z jego ust padło lekko sepleniące: „Kurw… ma…”, wypowiedziane z taką precyzją fonetyczną i emocjonalną, że trudno byłoby uznać je za obce kulturowo. Te dwa niecenzuralne słowa jednocześnie rozładowały wszystkie moje negatywne emocje.
Wtedy dotarło do mnie coś prostego. Mój pierwszy obraz wnętrza samochodu był egzotyczny. Jego reakcja na drogowe absurdy — całkowicie swojska.
Nasze miasta stają się coraz bardziej kosmopolityczne. I nie jest to hasło z prezentacji o strategii rozwoju. To codzienność. To sytuacje, w których ktoś, kogo jeszcze niedawno nazwalibyśmy „innym”, funkcjonuje w tej samej przestrzeni emocji, frustracji i zwyczajnych spraw.
W kraju, w którym jak się niedawno dowiedziałem, nawet dziergać można „techniką słowiańską” — oczkami skierowanymi na wschód — łatwo przywiązać się do wyobrażenia, że wszystko ma swój jeden właściwy kierunek. A przecież wystarczy się obrócić i perspektywa zmienia się natychmiast.
W nazwie jednego z poznańskich lokali zobaczyłem napis: „Czarna Owca”. Uśmiechnąłem się. Jak często używamy tego określenia wobec ludzi, którzy odstają. Wyglądem. Akcentem. Historią.
A może prawda jest mniej dramatyczna?
Może każdy z nas bywa czarną owcą — choćby w czyjejś pierwszej, nie do końca przemyślanej myśli.
Ja byłem nią przez chwilę we własnej głowie.
I może właśnie od tego zaczyna się normalność — od momentu, w którym człowiek złapie się na własnym skrócie myślowym i powie sobie: popraw.
Nie świat. Najpierw siebie.
Z tą myślą wraca się do domu spokojniej. I chyba odrobinę weselej.

Dodaj komentarz